Zawsze jest wczoraj – Dorota Kotas

jest 1 komentarz
Poniżej prezentujemy tekst, który zwyciężył w konkursie „Mój feminizm wczoraj, dzisiaj, jutro.” organizowanym przez Inicjatywę Feministyczną. Dziękujemy za wszystkie przesłane prace!

Moje miasteczko na Podlasiu jest historycznie monarchią, której pierwszą królową była  Matka Boska Częstochowska. Ale jest mało feministyczne. Może dlatego, że szybko zbudowano w nim dwa nowe kościoły – jeden Przemienienia Pańskiego, a drugi Jana Pawła II, i feminizm nie miał się kiedy zrobić.

Nie wiadomo też, w którym to było roku, ale bardzo dawno temu – tajni ministrowie uchwalili niewidzialną konstytucję. Postanowiono, że do kościoła trzeba chodzić co niedzielę lub  częściej, i koniecznie ładnie się ubrać. Jak  powinna wyglądać rodzina według Pana Boga, i że to mama, tata i dziecko, tylko nie  takie z in vitro, bo grzech. Seks tylko po ślubie. Dzieci na katechezę. Homoseksualiści na  terapię. Pieniądze na tacę. Poza tym, że kiedy dzieje się coś bardzo złego, to nie trzeba nic robić, bo to znaczy, że Bóg tak chciał. I żeby ludzie zabijali i  jedli zwierzęta, i wycinali drzewa, żeby ziemię czynić poddaną. Że mężczyzna jest głową, a kobieta szyją. I jeszcze, że  kobieta jest po to, żeby służyć mężczyźnie, być skromna i cicha, i nie wodzić na  pokuszenie, bo cudzołóstwo to grzech numer 6.

Znam wszystkie zasady, jeszcze zanim skończę 10 lat. Zdaję co roku religię na  celujący, a w nagrodę dostaję od babci Maryjki 3D, Jezuski na drewnianych krzyżach świecących nocą fluorescencyjną zielenią i anioły na baterie, które zmieniają kolor skrzydeł co jedno mrugnięcie okiem. Zbieram też obrazki z męczennicami na lakierowanych tekturkach. A moja babcia zapisuje mnie do scholii, prowadzi na pielgrzymki do Częstochowy, dołącza do grupy oazowej i wysyła na  obozy dla Dzieci Bożych, trzystopniowe ODB. Tak samo, jak wysyła się i zapisuje do tych obozów wszystkie inne dzieci w mieście.

A feministki są wtedy po to, żeby straszyć nimi dzieci.

Bo feministki podobno nienawidzą dzieci.

*

Dawno temu przeczytałam wywiad z Olgą Tokarczu, w którym ona mówi, że każda szanująca się kobieta powinna być feministką. Miłam chyba 12 lat, i to była wtedy moja ulubiona pisarka. Pamiętam, że bardzo się zmartwiłam. Nie chciałam być nieszanującą się kobietą. Ale nie chciałam też być brzydką dziewczyną, która nienawidzi mężczyzn. Mieszkałam wtedy w swoim małym mieście, i byłam w kropce.

*

Wczoraj była u mnie koleżanka, która pisze pracę magisterską o feminiźmie. Robiła ze mną wywiad – dlatego, że ta praca miała być skończona miesiąc temu, a ona jeszcze nie zaczęła jej pisać, i nie bardzo ma z kim rozmawiać o tych swoich feministkach – podobno nikt nie chce. Przyniosła ze sobą plansze z obrazkami. Jadłyśmy razem barszcz u mnie w kuchni, a ona pokazywała mi zdjęcia dziewczyn ubranych w (podobno) modne ciuchy z napisami w rodzaju: „female is future” albo „we should all be feminists”. Pytała, czy wyglądają na feministki. A ja nie wiedziałam, co jej powiedzieć, jaka jest właściwa odpowiedź. Nie, bo nie są brzydkie? Tak, bo mają spodnie? Nie, bo te ubrania są różowe, a nie niebieskie lub moro? Czy tak, bo od razu widać, że feministki, bo przecież jest napisane: „female”?

Nie wiem – niby mieszkam teraz w Warszawie, a ciągle mam jakiś problem. Niby chodzę na protesty i dużo krzyczę, mam nawet co poniedziałek warsztaty z krzyku i głosu protestu w lewackim teatrze, pod który wyprawia się krucjaty, a ciągle nie wiem, jak powinnam wyglądać, kiedy aspiruję do feministek (w końcu). Nie wiem też, jak poznać feministkę na ulicy, poza tym, że po czarnej parasolce. Ale nawet te parasolki nie są zupełnie miarodajne – bo czarną parasolokę ma nawet moja babcia z Garwolina, i co? Poza tym – czy mogę być feministką, jeśli umiem ugotować barszcz?

W moim małym mieście wszystkie dziewczyny wyglądają tak samo. Nie ma w nim Zary ani H&M. Można przyjechać po fenistyczną modę do Warszawy, kupić warszawski feminizm na wyprzedaży za 39,99 albo 119,99, i zabrać go do Garwolina w bagażniku, na zdrowie. Jest zapakowany w błyszczącą reklamówkę, i uszytyt z poliamidu albo bawełny organicznej super ekstra bio.

Dlatego czasami się martwię. Na przykład, kiedy zaczyna mi się wydawać, albo kiedy wychodzi na to, że feminizm jest tylko dla bogatych kobiet z klasy średniej, które pracują na etacie i są z miasta powyżej 20 tysięcy mieszkańców. Albo że feminizm jest dla ateistek, i tylko przed porodem albo po rozwodzie. Dla dziewczyn, które kończą studia, i mają bohatych ojców. Albo dla podążających za modą, wydziaranych i krótko ostrzyżonych. Ale nie dla wszystkich.

*

Dzisiaj: mieszkam w Warszawie. Wynajmuję pokój w lesbijskiej komunie na modnej Pradze. Mam zamiast dziecka cocker spaniela i dużo książek. Kończę wydziwnione studia, z socjologii i antropologii płci, na których uczę się głównie o gender, o gender w polityce, gender w mediach i gender w teoriach społecznych albo gender w historii idei. Poza tym jestem weganką na rowerze, i zamawiam do Wysokich Obcasów alternatywy z areopresu, albo Kenię z dripa. Co dwa tygodnie obcinam też włosy maszynką na 0 mm, bo lubię. Robię prawo jazdy i piszę pracę mgr. No i nie jestem w związku – ani nie chcę być. Zarabiam pieniądze, i stać mnie co miesiąc na czynsz, wino, szlugi oraz suchą karmę o smaku kurczaka z ryżem dla mojej suki. Ale jeszcze nie wiem – czy feministką można być tylko w Warszawie? I dużo myślę o tym, że nie wszędzie można (jednak). Że feminizm od NIEfeminizmu może dzielić 60 km. I że to niby niedużo, ale zmienia wszystko, naprawdę.

dorota kotas