Równe traktowanie a wyrównywanie szans

jest Brak komentarzy

Równe traktowanie nierównych wzmacnia nierówności i przyczynia się do ich utrwalenia

[czas czytania: 4 min., 39 sek.]

 

Uważna czytelniczka naszego programu – dziękujemy – zadała nam pytanie jak to rozumieć. Dobre pytanie. Postaram się na nie prosto i możliwie krótko odpowiedzieć. Otóż cały dyskurs przebijający się w neoliberalny mainstreamie wzywa właśnie do „równego traktowania”. Równe prawa dla wszystkich, równe traktowanie obywateli przez władze publiczne, równe traktowanie każdego odbiorcy, konsumenta itd. Itp. A jednak mamy „drobny” problem z tak rozumianą równością.

Wyobraźmy sobie wysoki płot, a za nim troje ludzi, którzy otrzymali zadanie opowiedzenia co się znajduje po drugiej stronie płotu. Opowiadanie ma być premiowane wysoką nagrodą. Płot jest wysoki na 180 cm, równy na całej długości. Ludzie stoją na ziemi, na tym samym równym poziomie.

Tyle, że ci ludzie to 190 cm mężczyzna, kobieta mająca 154 cm wzrostu i kobieta na wózku inwalidzkim. Jaka jest szansa na wygraną kobiety na wózku?

Łatwa odpowiedź – równa zeru, chyba, że mamy do czynienia z jasnowidzką (nie wierzę, że istnieją), oszustwem (ktoś jej wcześniej pokazał co za płotem), ale oszustwo dyskwalifikuje, albo…

Albo, że organizatorzy konkursu uwzględnią obiektywne cechy każdej z osób biorących udział w konkursie i zastosują mechanizmy wyrównywania szans, czyli np. ustawią drabinkę i zbudują podjazd dla wózka. I to jest właśnie to, o co chodzi. Samo „równe traktowanie” nie wystarcza. Żeby każdy z nas mógł w pełni korzystać ze wspólnych zasobów i dodać do zasobów wspólnoty swój potencjał trzeba byśmy, jako społeczeństwo tworzyli mechanizmy wyrównujące.

Albo pomyślmy – start w wyścigu na 100 m. Uczestniczą dwaj mężczyźni, mają po 20 lat i są zdrowi. Tyle, że jeden z nich wyczynowo biega, a ten drugi jest „molem książkowym” zatopionym w poezji i filozofii. Który będzie pierwszy? Łatwo zgadnąć. Choć przecież start był równy i meta jest w tym samym miejscu.

To nic nowego, takie mechanizmy od dawna stosuje się tam, gdzie chce się doprowadzić do zwiększenia równości. A robi się to z paru powodów: dlatego, że to sprawiedliwe, dlatego że to moralne, ale także dlatego że to się wszystkim po prostu opłaca. Bo społeczeństwo, które uznając inność i różnorodność za wartość oraz dostrzegając, że niektórzy „mają trudniej” ze względu na stan zdrowia, miejsce zamieszkania, czasem kolor skóry, a czasem zasobność portfela albo płeć (kulturową czyli gender) rozumie, że wyrównując szanse doprowadzi do tego, że potencjał tych „innych” wzmocni potencjał wszystkich.

Taka jest właśnie geneza różnych mechanizmów wyrównawczych – wprowadzając takie mechanizmy w USA zwalczano dyskryminację afroamerykanów. Wprowadzając tzw. „punkty za pochodzenie” chciano w PRL otworzyć drogę do wykształcenia młodzieży ze środowisk robotniczych i rodzin chłopskich. I przy wszystkich niedoskonałościach takich systemów – to zawsze działa. Kto nie wierzy niech sprawdzi – znaczna większość polskich magistrów, doktorów i profesorów to wnuki chłopów. Czasem nie lubią o tym pamiętać, ale domek na wsi po babci wspominają czule, albo go na „domek letniskowy „w stylu cuntry z elementami nowoczesnego designu” przerobili. Ale to już całkiem inna historia. Pewne, że gdyby nie mechanizmy wyrównawcze np. powszechna, nieodpłatna edukacja, nieodpłatny dostęp do opieki medycznej, mieszkania dla ludzi osiedlających się w odbudowywanych po wojnie miastach z czynszami na bardzo skromnym poziomie ich sytuacja mogła być i pewnie byłaby inna. Tak jak sytuacja niebiałych mieszkańców USA.

I teraz – dlaczego stosowanie takich mechanizmów wyrównujących szanse kobiet i mężczyzn na wszystkich polach i dziedzinach życia społecznego jest takie ważne? Otóż nie sposób nie dostrzec, że choć w dziejach ludzkości kobiety istniały zawsze (samotny był tylko biblijny Adam), to większość społeczeństw zbudowała systemy, w których istniała nierówność płci. Kobiety były podporządkowane mężczyznom, a sfera w której mogły realizować swoje pragnienia i dążenia była wyłącznie sferą prywatną, „niższą”, „mniej ważną” od publicznej, w której spełniali się mężczyźni. Zarządzający zresztą obiema. Taki system nazywany patriarchatem wzmacniały systemy religijne, tradycja, nauka, do której dostęp mieli przecież wyłącznie mężczyźni. Ileż zmarnowanych szans dla ludzkości, ile zapomnianych talentów – taki potencjał. I ile niesprawiedliwości, krzywdy, bólu. Tyle wieków dyskryminacji wyłącznie ze względu na płeć.

Dostrzeżenie potencjału kobiet to ostanie trochę ponad 200 lat. A odkrycie, że bez mechanizmów wyrównawczych w pewnych dziedzinach krzywdy nigdy nie zostaną naprawione, to odkrycie tak naprawdę ostatnich mniej niż 100 lat. Mniej niż wiek, to bardzo mało w historii ludzkości.

Dlatego właśnie, by to „odkrycie” pomogło nam kobietom wyjść z cienia wspólnota międzynarodowa uznała mechanizmy wyrównywania szans kobiet za konieczne i uprawnione. Dlatego stosujemy np. systemy kwotowe w polityce czy zarządzaniu gospodarką. Niestety w Polsce to myślenie przebija się bardzo słabo. Np. w ordynacji wyborczej stosuje się kwotę 1/3 nazwisk kobiet na listach wyborczych zamiast 50% jakby wynikało ze stanu faktycznego. Jest nas połowa w społeczeństwie. I nie stosuje się systemu ustawiania nazwisk kobiet i mężczyzn naprzemiennie. Dlaczego to ważne. Ano dlatego, ze jakbyśmy tego chcieli czy nie, skład osób tworzących gremia zarządcze np. sejm, senat, samorząd ma bezpośredni wpływa na nasze życie. Dlaczego powinny być w nich także kobiety. Ano dlatego, że one dobrze pamiętają jak to jest „stać za płotem”, dostrzegają problemy, których nie widzą mężczyźni – np. problemy związane z tym, co jest nadal codziennością kobiet czyli np. konieczność łączenia ról rodzicielskiej i zawodowej. A poza tym, bo to słuszne i sprawiedliwe, bo to pozwala wykorzystać potencjał itd. A jeśli ktoś myśli, że bez prawem określonej kwoty kobiety i tak byłyby na listach wyborczych, to grubo się myli. Wcale nie przed wiekami, ale w latach 90tych PSL wystawiło listy w ogóle bez kobiet. Zaś o tym, że umieszczenie wysoko na liście wzmacnia możliwość bycia wybranym, wiedzą już wszyscy. Więc równo – mężczyźni i kobiety, naprzemiennie, bo tylko tak wzmocnimy możliwości tych, które dotąd spychane były na margines.

Jak widać tylko „równo”, nie wystarcza i nie jest sprawiedliwe. Za to wyrównywanie szans zwane czasem dyskryminacją pozytywną ma sens i otwiera nowe horyzonty dla wszystkich.

Katarzyna Kądziela

Więcej o zwalczaniu dyskryminacji przeczytasz w naszym programie, w rozdziale: gender mainstreaming.