Mój feminizm – Paulina Kowalska

jest Brak komentarzy
Przedstawiamy tekst wyróżniony w konkursie „Mój feminizm wczoraj, dzisiaj, jutro”.

Swój feminizm określiłabym jako czysto empiryczny. Jestem feministką empiryczną. I choć brzmi to nadwyczaj dostojnie i poważnie, znaczy dla mnie mniej więcej tyle, że w temacie nie mam do zaoferowania nic więcej, ponad własne przeżycia i reakcje na nie; wiem tyle, ile życie mnie uświadomiło i ile mnie na tym polu zabolało. Nie jestem aktywistką, nie znam ogromnej części literatury feministycznej, a moja znajomość historii w tej materii ogranicza się do podstaw wyczytanych na łamach Wikipedii. Tak, przyznaję się do tego bez bicia. A zatem, mam doświadczenia. Mam też ogromną potrzebę kategoryzowania wszystkiego i w moim umyśle nie brakuje specjalnej szufladki przeznaczonej na kwestie związane z płcią i równouprawnieniem.

Wczoraj

Mogę stwierdzić, że życie niejako feminizm we mnie wmusiło. Już jako dziecko byłam niezłomną łamaczką stereotypów płciowych, do czego skłoniła mnie między innymi własna biologia. Można rzec, że nie wszystko poszło zgodnie z planem i natura – w moim przypadku – w nosie miała stereotypy. Jestem kobietą, lecz obdarzoną – wskutek wrodzonych zaburzeń metabolicznych – trzeciorzędowymi cechami męskimi. Niewprawiony obserwator raczej tego nie zauważy, w dorosłości skutecznie bowiem manipuluję bowiem swoim wizerunkiem i pokazuję to, co chcę pokazać (byłam już łysą chłopaczycą, obecnie jestem w fazie przerysowanej „feminizacji”). I o ile wygląd jest kwestią plastyczną, tak cechy charakteru i zachowania już mniej. Buntowałam się zawsze dużo i gęsto. Od dziecka wiedziałam, że nie chcę być matką i protestowałam przeciwko jakimkolwiek próbom wtłoczenia mi zainteresowania dziećmi i opieką nad nimi. Lalki wymieniało się na samochody i bardziej „techniczne” zabawki. „Jak dorośniesz i będziesz miała męża i dzieci…” – a kto powiedział, że będę? (krzyk). Kiedy ubierano mnie w eleganckie sukienki, a ciotka z radością klaskała w dłonie i stwierdzała „Jaka śliczna dziewusia! Dziewczyneczka!”, we mnie od razu budził się opór. Tupałam nogami i protestowałam. Dziwne było również, że w podobnym czasie, lecz przy innym przebraniu, panie na ulicy określały mnie jako „uroczego chłopca”. Potem bywało już tylko gorzej: przedwczesne dojrzewanie w czasach podstawówki, nieudane oraz przykre w skutkach terapie hormonalne, mniej lub bardziej bolesne uświadamianie sobie własnych różnic (i tak do czasu, kiedy nie wyrobiłam w sobie odpowiedniej dozy akceptacji). W okresie nastoletnim byłam mocno związana ze światem LGBT, poznałam go i jego problemy: mimo to byłam wtedy nikim, jak zwykłym pieniaczem i kompletną eksperymentatorką. Działałam na oślep, na celu mając niezgodę dla samego faktu niezgody. Na wszystko. I wszystkich. Wraz z rozpoczęciem kariery zawodowej przyszło otrzeźwienie: zmieniłam środowisko i przestałam buntować się dla samej idei buntu (przestałam chyba buntować się w ogóle, na rzecz racjonalnej
dyskusji). Zaczęłam analizować kwestię płci, różnic płciowych i równouprawnienia w szerszych kontekstach: społecznych, kulturowych, biologicznych. Wiele rzeczy w zachowaniu mężczyzn oraz kobiet zaczęło mnie niepokoić, martwić. I zastanawiać.

Dzisiaj

Współcześnie, w Polsce, dostrzegam dwa kompletnie różniące się nurty feminizmu. Jeden z nich – który określiłabym jako „racjonalny” – skupia się na kwestiach zupełnie pragmatycznych, walczy bowiem z uwstecznianiem się założeń drugiej fali. Walczymy o prawo do aborcji, dostęp do antykoncepcji, o prawo do zarządzania własnym ciałem oraz swobodnego decydowania o nim.
Walczymy z przejawami seksizmu i kulturą gwałtu, i tak dalej, i tak dalej. Gdzieś z boku jednak wyrósł z tego twór, który określam mianem pseudofeminizmu i uważam za coś niezwykle szkodliwego dla obu płci. Działalność pseudofeministyczną dostrzec można w głównej mierze w mediach społecznościowych pokroju Instagrama. Jeżeli selfie- feminizm i SadGirlTheory nic wam
nie mówią, polecam zapoznać się z postaciami publicznymi pokroju Zofii Krawiec. W całej sprawie chodzi głównie o manipulowanie własnym wizerunkiem poprzez eksponowanie swojego ciała oraz zrzeszanie kobiet, dziewczyn, o celebrowanie własnej kobiecości. Brzmi w porządku, jest tylko jeden problem: w tej działalności nie ma nic, co miałoby realny wpływ na realną sytuację kobiet. Jest za to umacnianie krzywdzących stereotypów płciowych i cała masa sprzeczności. Jest sprzeciw przeciwko seksualizacji kobiecego ciała przy jednoczesnej obsesji na punkcie jego ekspozycji w seksualnych kontekstach, jest promowanie wizji dziewczyn i kobiet jako istot stricte emocjonalnych, słabych i skrzywdzonych, przy jednoczesnej nienawiści do wszystkiego, co związane ze światem mężczyzn i cechami kulturowo uznanymi za „męskie”; szkalowanie ich, obdzieranie z człowieczeństwa, sprzedawanie przekonania, iż obcowanie z nimi to wyłącznie droga do ograniczenia własnej wolności, etc. Promotorki tej ideologii skarżą się na patriarchat i pułapki męskiego świata, na ciasne ramy, podczas gdy nikt nie zamyka ich w owych ramach tak skutecznie, jak one same. Co więcej, niejednokrotnie to właśnie kobieta kobiecie wilkiem. Nasuwa się pytanie: Czy feminizm idzie do przodu, czy może kompletnie się cofa? Jak możemy temu zaradzić?

Jutro

W moim przekonaniu powinniśmy jeszcze raz przerobić definicję słowa „równouprawnienie”. Skończyć z podwójnymi standardami, jakimi często operuje współczesny feminizm (Wracając do selfie feminizmu: w czym lepsze jest nachalne eksponowanie kobiecej nagości tłumaczone pragnieniem wyzwolenia, od nachalnego rozsyłania nagich zdjęć przez przedstawicieli płci męskiej na portalach społecznościowych, traktowane już jako przejaw kultury gwałtu?) i skończyć z tłumaczeniem ideą feminizmu czystego pragnienia atencji czy własnej mizoandrii. Raczej skupić się na typowej działalności aktywistycznej, zredefiniować pewne pojęcia. Nie promować stereotypów, nie polaryzować. Celebrować uniwersalne wartości jak, chociażby, dojrzałość emocjonalna, szacunek do drugiego człowieka oraz jego granic, umiejętność słuchania i prowadzenia dyskusji. Skupiać się na tym, co wspólne, a nie, co nas różni i rozumieć różnice w kontekście personalnym, nie płciowym. To mury, nie mosty. Najpierw mamy bowiem człowieka, potem dopiero płeć i jej spektrum.

Paulina Kowalska