Logo czy No Logo

jest Brak komentarzy

[czas czytania: 2 min. 24 sek.]

Kwestia identyfikacji grup, partii, organizacji czy środowisk w przestrzeni publicznej zaczyna nurtować wiele i wielu. Kiedy protestowałyśmy przeciw wykluczeniu naszej partii Inicjatywy Feministycznej z tegorocznej Manify Warszawskiej – ponieważ treść Manifestu organizatorek, w tym zakaz manifestowania pod partyjnym logo uznałyśmy za wykluczenie – wspierało nas niewiele osób. Justyna Samolińska opublikowała tekst na Strajk.eu (Manifa, politycy, solidarność), Agata Czarnacka napisała na blogu (Feminizm, czyli święto różnorodności. O partiach na Manifie i KOD-zie w Strajku Kobiet) poza tym dominował „normalny” w takich okolicznościach pogląd „robią awanturę, gniazdo własne kalają, przecież tu chodzi o wielką sprawę”.

Teraz, kiedy na ulicach miast i wsi manifestują obywateli tłumy, a media widzą wciąż realny spór sejmowej opozycji z PiSem mający w tle „manifestują protestujących obywateli, którzy nie lubią polityki, ale się oburzyli”, spór przybrał na sile. Nagle okazało się, że dla jednych ważne jest kto ręce urobił, by manifestacja się odbyła, kto w imieniu kogo przemawia, kto jest wpuszczany i czy wolno w demokratycznym oburzeniu na łamanie praw obywateli i obywatelek mówić „o macicach”. I nagle okazuje się, że nie od programu i nie od zaangażowania w społeczne działania zależy czy jesteś dostrzeżony / dostrzeżona – tylko od tego, czy ci pozwolili powiedzieć: „moja partia”, „nasza organizacja”, powiedzieć i pokazać to poprzez znaczek, flagę, baner. No i oczywiście od tego ilu dziennikarzy poznało, bo miało taki kaprys, twoją nazwę i telefon do „lidera”. Szczery sympatyk i przyjaciel Inicjatywy Feministycznej jeszcze od czasu Partii Kobiet, znawca polskiej sceny politycznej, także tej pozaparlamentarnej, na pytanie: – Dlaczego nas nie widzisz? (pytanie wsparte zdjęciami członkiń IF zaangażowanych w manifestowanie), rozbrajająco odpowiada: – Bo ja się nie mogę przyzwyczaić, że Inicjatywa Feministyczna to partia. I fakt, że lider PO Grzegorz Schetyna uznawany jest zwłaszcza w mediach za „lidera protestów”, pokazuje, że chyba czas najwyższy na refleksję dokąd prowadzi „no logo”.

Zachęcając do czytania tekstów, które opublikowały „Na temat”, „Krytyka Polityczna”, „Kultura Liberalna”, „Obywatele RP” i innych, pozwolę sobie raz jeszcze podać swoją diagnozę – „no logo” jest szkodliwe, bo przyczynia się do dezorientacji politycznej społeczeństwa:

– skoro są tylko dwie partie i z żadną się nie identyfikuję, to mam w nosie wszystko, a partie w szczególności,

– pozwala tym najmniej uprawnionym do bycia „liderem protestu” prywatyzować na rzecz swojej partii sukces społecznego buntu, zaś uspołeczniać (nie ma innych, lepszych, którzy by potrafili i stąd niepowodzenie) błędy, pomyłki, klęski,

– dlaczego do jasnej niepodległej walcząc o prawo do samoidentyfikacji w sferze publicznej każdej i każdego człowieka tych „partyjnych” wpychasz siłą „do szafy”. Jestem członkinią partii i jestem z tego dumna. Jestem, krzyczę, działam, chcę byś mnie dostrzegł. I nawet jeśli nie mam racji, to nie mam, ja nie mam. My, partia nie mamy. Ale byłyśmy, jesteśmy i będziemy!

A kiedy przygotowując się do zrealizowania swojego prawa do oddania głosu w wyborach znowu zawołasz „a gdzie były te partie, gdy manifestowałam i manifestowałem na ulicy swój obywatelski sprzeciw”, zastanów się – Twoje „no logo” nie pozwoliło ci ich zobaczyć.

Katarzyna Kądziela